Śląski ZPN

Jarosław Czerwonka jest chybianinem z krwi i kości

3/11/2017 07:38

Cukrownik Chybie obchodzi w tym roku 80 urodziny. To doskonała okazja, żeby zaglądnąć do tego zasłużonego dla polskiej piłki klubu, którego piłkarską wizytówką jest wicemistrz olimpijski Ryszard Staniek.


- Czy Ryszard Staniek związany jest nadal z Cukrownikiem Chybie?

- Jeszcze kilka lat temu był - mówi 54-letni prezes klubu Jarosław Czerwonka. - Pracował u nas. Był trenerem juniorów i seniorów. Chcieliśmy go zatrzymać, bo zdajemy sobie doskonale sprawę z tego, że to jest najsłynniejszy wychowanek naszego klubu, ale nasze drogi się rozeszły. Nie chcę tego oceniać, bo każdy ma przecież prawo do swojego życia. Nawet nie mamy teraz kontaktu. Wysłaliśmy oczywiście zaproszenie na obchody 80-lecia, które planujemy na piątek 10 listopada o godzinie 18.00 w naszej hali, ale czy przyjedzie tego nie wiemy.

- Coś was poróżniło?

- Nie. Rozstaliśmy się w zgodzie, ale Rysiek sam się wycofał chyba z całego życia sportowego. To też trzeba uszanować, bo to jest jego wola. Zapewniam jednak, że zawsze z otwartymi rękami przyjmiemy go i będziemy gościć, bo szanujemy ludzi, którzy rozsławili nasz klub.

- Jak długo jest pan z nim związany?

- Prezesem Cukrownika jestem od dwóch i pół roku. Zaczynałem jednak działalność jako... kibic. Około 12 lat temu, w gronie sympatyków Cukrownika, ustaliliśmy, że pomożemy klubowi finansowo i zrobiliśmy zrzutkę, w której wzięło udział paru inwestorów oraz przedsiębiorców z Chybia. Opodatkowaliśmy się dobrowolnie i zachęciliśmy też innych, a z uzyskanych w ten sposób środków wspieraliśmy klub co miesiąc, albo co dwa miesiące przekazują uzbierane środki.

- To było "wkupne"?

- (śmiech)... Tak to można nazwać, bo 9 lat temu wszedłem do zarządu, zostając wiceprezesem, a na ostatnich wyborach powierzono mi rolę prezesa klubu, w którym stawiałem pierwsze piłkarskie kroki. Jestem bowiem chybianinem z krwi i kości. W wieku trampkarskim zacząłem treningi w Cukrowniku, ale nie ma nawet co mówić, że byłem piłkarzem. Talent w naszej grupie miał na pewno Edward Staniek, trochę młodszy od nas przedstawiciel uzdolnionej piłkarsko rodziny, z której najbardziej znany jest właśnie Rysiek.

- Jak długo grał pan w piłkę w Cukrowniku?

- Do wieku juniora. Wtedy na fali mody i fascynacji filmem "Wejście Smoka" zacząłem uprawiać sporty walki i trafiłem do BBTS-u Bielsko-Biała, gdzie trenowałem trzy lata samoobronę. Następnie zaczęła się praca, która wymagała poświęcenia i mogłem już tylko interesować się wydarzeniami sportowymi jako sympatyk klubu.

- Kiedy był pan z niego najbardziej dumny?

- Jako dziecko z fascynacją patrzyłem jak grają Franciszek Pietrzyk i Stanisław Dziędziel, którzy nadal uczestniczą w życiu klubu. Następnie rozkwitał talent Edwarda Stańka, a Cukrownik awansował do III ligi. W sezonie 1984/1985 przeżywaliśmy największe emocje. Pamiętam do dzisiaj jak z Górnikiem Knurów przyjechał do Chybia legendarny Zygfryd Szołtysik. On kończył karierę, a dla nas był to niezwykły moment i duży zaszczyt, że mogliśmy oglądać takiego piłkarza w akcji.

- Wśród wychowanków klubu są też znani z występów w ekstraklasie świętej pamięci Mirosław Staniek i grający obecnie w Olimpii Grudziądz Daniel Feruga. Ponadto karierę kończył tu Witold Wawrzyczek. Kto według pana był ikoną Cukrownika?

- Nie chciałbym kogoś pominąć, bo było wielu oddanych klubowi ludzi... ale według mnie, z czasów mojej działalności, na wyróżnienie zasłużył  Łukasz Folek. Grał w Cukrowniku kilkanaście lat i sam potrafił odmieniać losy meczów.

- W jakiej kondycji jest dzisiaj 80-letni klub?

- Najlepszy jego okres przypadł na złoty czas naszej miejscowości, w której istniała cukrownia, a członków klubu było ponad pięciuset, co w dzisiejszych czasach jest nieosiągalne. Na czele klubu stał wtedy przebojowy Emanuel Mikołajczyk, którego imieniem chcemy nazwać naszą halę sportową. To będzie dla niego na pewno wzruszająca chwila, ale w pełni na to zasłużył, bo za jego kadencji Cukrownik na pewno miał najlepszy okres w naszej historii. Teraz gramy w okręgówce, w której zajmujemy 10 miejsce, ale myślimy o stopniowym podnoszeniu swojej pozycji. Docelowo mierzymy w czwartą ligę, w której chcielibyśmy zagrać za trzy-cztery lata oraz po drodze odbudować drugą drużynę. Ten plan dlatego jest taki długoterminowy, bo chcemy tego dokonać bazując na wychowankach, a mieliśmy ostatnio przestój przez trzy lata w pracy z młodzieżą i dopiero teraz wchodzą do kadry chłopcy 17, 18-letni. Na nich chcielibyśmy budować drużynę na przyszłość. Oczywiście jakieś wzmocnienia z zewnątrz mogą się okazać niezbędne, gdy już będziemy walczyć o awans, ale Chybie zawsze słynęło ze swoich zawodników i chcielibyśmy iść dalej tym szlakiem.

- A jakie macie zadania na dzisiaj?

- Nasz stadion to na razie teren budowy. Bardzo dobra współpraca z wójtem Januszem Żydkiem i radą gminy zaowocowała już tym, że zakończyliśmy remont pawilonu sportowego. Następnie została rozebrana trybuna i mam nadzieję, że w połowie przyszłego roku nasi kibice będą już mogli zasiąść na nowych miejscach. Sporo nakładów wymaga także nasza hala sportowa. Nasza, bo jesteśmy jednym z niewielu klubów w Polsce, posiadających własną halę sportową. To jest nasza "żywicielka", która nam przynosi dochody. Nie mamy już sponsora tytularnego czy głównego, bo cukrownia w Chybiu to już historia, a gmina wspiera tylko sport młodzieżowy. Natomiast na drużyny seniorów, a mamy jeszcze oprócz piłkarzy zespoły z sekcji tenisa stołowego, musimy już wypracować środki sami i w głównej mierze zdobywamy je właśnie dzięki hali.

- Ile czasu poświęca pan na działalność w klubie?

- Nie chciałbym żeby to żona przeczytała (śmiech)... To jest takie małe przedsiębiorstwo. Sama drużyna piłkarska nie zajmuje tak dużo czasu, ale organizacja obozów na hali, dla grupy 40-50-osobowej to już spore wyzwanie. A do tego dochodzą remonty, bo to już jest przecież obiekt 40-letni i gdy się zaniedba bieżące naprawy to się rodzi problem. Na szczęście żona jest wyrozumiała. Niestety na wsparcie syna nie mogę liczyć. Artur do 21 roku życia grał w Cukrowniku, ale 9 lat temu doznał kontuzji zerwania więzadeł i uszkodził łąkotkę. Wtedy postanowił zakończyć występy na boisku, a ponieważ z żoną mieszka w Cieszynie więc nie mam go pod ręką i nie mogę korzystać z jego pomocy. Mam jednak do współpracy bliskiego kolegę Hieronima Pisarka, który jest wiceprezesem i także bardzo angażuje się w działalność klubową.

- Udaje się panu pogodzić ją z pracą zawodową?

- Pracuję w służbie celno-skarbowej, czyli co drugi dzień jestem w pracy 12 godzin i to mi ułatwia działanie. Gdybym był codziennie w pracy po 8 godzin na pewno miałbym problem i wtedy musielibyśmy kogoś zatrudnić do klubu, a tak to rolę menedżera razem z członkami zarządu pełnimy społecznie.

- Czego życzyć klubowi przygotowującemu się do jubileuszu 80-lecia?

- Moim marzeniem jest, żeby drużyna złożona ze swoich wychowanków awansowała do czwartej ligi, a druga drużyna grała w klasie A oraz żeby odbudować wszystkie roczniki młodzieżowe, bo w tej chwili mamy pięć grup i brakuje nam zespołu juniora młodszego. Chcielibyśmy mieć ciągłość szkolenia od skrzata do seniora i z takim potencjałem ruszyć w kierunku kolejnego jubileuszu.