Seniorzy

Mateusz Kaiser chce znowu zagrać w Pucharze Polski na ogólnopolskim szczeblu

25/09/2018 23:05

25-letni kapitan Śląska Świętochłowice Mateusz Kaiser przed pucharowym meczem z Arką Gdynia przeżywał huśtawkę nastrojów, czekając z niecierpliwością na informację, że może grać.


- Decyzja o tym, że zagram zapadła dopiero 15 minut przed odprawą - mówi Mateusz Kaiser. - Do samego końca żyłem w niepewności, a wszystko przez żółtą kartkę z finałowego meczu na szczeblu Śląskiego Piłki Nożnej. Co prawda z Polskiego Związku Piłki Nożnej otrzymaliśmy informację, że kartki z poprzedniej edycji się nie liczą, ale w systemie extranet nie dało się mojego nazwiska wprowadzić do składu, co oznaczało, że muszę pauzować. W przeddzień meczu nasi działacze interweniowali więc znowu z PZPN i wreszcie przyszło pismo, że mogę wystąpić. Ucieszyłem się, bo taki mecz to dla zawodnika z IV ligi niezwykłe przeżycie.

- Z jakim uczuciem schodził pan z boiska?

- Szkoda mi było tej pierwszej bramki, bo przez pół godziny graliśmy otwartą piłkę i realizowaliśmy nasz plan. Wszystko dobrze szło, aż do momentu, w którym nasz lewy obrońca chciał wyprowadzić piłkę. Zaryzykował. Niestety nie udało się i straciliśmy gola. Graliśmy dalej, ale za chwilę kolejny niefortunny gol ściął nas z nóg, a trzecie trafienie to już zupełny niefart. Po dalekim wyrzucie z autu piłka trafiła do kapitana rywali Siemaszki, który stojąc tyłem do bramki uderzył wolejem i trafił w samo okienko. Strzał życia można powiedzieć. Szkoda, że akurat w meczu z nami strzelił gola naprawdę godnego boisk ekstraklasy, gdzie takie efektowne bramki padają bardzo rzadko.

- Od 27 do 39 minuty, czyli w 12 minut straciliście 3 gole. To wam podcięło skrzydła?

- Nasza gra była w sumie dobra. Stworzyliśmy kilka sytuacji w meczu z przeciwnikiem z ekstraklasy. Zabrakło nam troszkę szczęścia, szczególnie w drugiej połowie, a ostatnia akcja była tego potwierdzeniem, bo piłka po strzale Łukasza Wawrzyniaka trafiła w poprzeczkę.

- Wyszliście na drugą połowę z zadaniem strzelenia honorowej bramki?

- Naszym celem było uszczęśliwienie kibiców i strzelenie przynajmniej jednej bramki, żeby wynik nie wyglądał na łatwą przeprawę Arki, ale niestety nie udało się.

- Wiecie już ile dzieli zawodowców z ekstraklasy od amatorów, którzy trenują i grają po pracy?

- Różnicę było widać. Wiemy, że to nie wybiegła pierwsza jedenastka Arki, bo przeciwko nam zagrali zawodnicy wchodzący do gry z ławki rezerwowych. Z ostatniego ligowego składu, w którym Arka pokonała Lecha Poznań, przeciwko nam w podstawowej jedenastce zagrało tylko trzech zawodników, którzy cztery dni wcześniej weszli w ostatnich minutach. A jedyny zawodnik, który przeciwko Lechowi wybiegł od początku meczu, przeciwko nam zagrał ostatnie 20 minut. Ale choć był to drugi garnitur gdynian to jednak byli to zawodowcy i to było widać. Jednak nie musimy się wstydzić.

- Kto szczególnie z perspektywy boiska "wpadł panu w oko"?

- W drużynie przeciwników szczególnie podobał  mi się zawodnik na środku boiska z numerem 9. (25-letni Marokańczyk Nabil Aankour, ma za sobą 93 występy w polskiej ekstraklasie - przypisek red.). Było widać u niego doświadczenie i spore umiejętności. Tak samo jak u grający obok niego zawodnika z  numerem 8 (34-letni Brazylijczyk, mający także polskie obywatelstwo Marcus Vinicius, rozegrał 64 spotkania w polskiej ekstraklasie - przypisek red.).

- Pożegnaliście się z Pucharem Polski. Jaki macie teraz cel?

- Nasz główny cel to obrona pierwszego miejsca w IV-ligowej tabeli, bo jesteśmy od tygodnia liderem. Drugi cel to zdobycie Pucharu Polski najpierw na szczeblu Podokręgu Katowice, w którym mamy już za sobą pierwszą wygraną. Następnie, tak jak roku temu chcemy zwyciężyć na szczeblu Śląskiego Związku Piłki Nożnej, bo to daje awans na szczebel centralny. Zasmakowaliśmy tej pucharowej przygody i spodobało się nam, dlatego za rok chcemy znowu zagrać w 1/32 z rywalem z najwyższej półki bez względu na to kogo przyniesie los.

Zdjęcia z meczu można oglądać TUTAJ.