Seniorzy

Jan Woś chce wrócić do ekstraklasy jako trener

15/01/2018 12:26

Ostatni oficjalny mecz Jan Woś rozegrał 25 września 2010 roku. Po kontuzji kolana, odniesionej podczas spotkania z Górnikiem Polkowice, pomocnik Odry Wodzisław już nie wrócił na boisko. Jego piłkarski licznik zatrzymał się na 342 występach w najwyższej klasie rozgrywkowej i 32 strzelonych w niej golach. Z takim dorobkiem wszedł do Klubu Wybitnego Piłkarza Ślaska i przeszedł na trenerską ławkę, bo pracuje w III lidze. Zaczął w Skrze Częstochowa, z którą atakował II ligę, a obecnie prowadzi Pniówek Pawłowice i czeka na rozpoczęcie kursu UEFA Pro, który wystartuje 12 lutego.


- Czym w pana życiu była piłka nożna?

- Była i nadal jest wszystkim. Gdy po przeprowadzce rodziców z Pacanowa, gdzie się urodziłem, przenieśliśmy się w Beskidy i osiedliśmy w Górkach Wielkich, okazało się, że nie ma w nich drużyny trampkarzy, wskakiwałem na rower i jeździłem 7 kilometrów do Nierodzimia. Tam była najbliższa drużyna trampkarzy, dlatego jestem wychowankiem Czantorii. W niej wypatrzył mnie trener Jan Grabiec, który odkrył też braci Stańków czy Grześka Wisełkę i ściągnął nas do Odry Wodzisław. Gdy miałem 14 lat i chodziłem do ósmej klasy szkoły podstawowej zacząłem samodzielne życie, mieszkając w internatach i hotelach robotniczych. Przeszedłem więc przyspieszony kurs dorastania.

- Który mecz z początków kariery najbardziej utkwił panu w pamięci?

- Debiut w seniorach. Miałem 18 lat. Graliśmy na zapleczu ekstraklasy ze Ślęzą Wrocław, a ja byłem tak szczęśliwy, że wychodzę na boisko w podstawowej jedenastce, że zakładając buty nie popatrzyłem nawet w jakim są stanie. Włożyłem je i dopiero na murawie zorientowałem się, że... mają oderwaną podeszwę. Zamiast biegać stałem więc w miejscu myśląc tylko o tym, żeby korki nie zostały w trawie i po 30 minutach zostałem zmieniony. To był sezon 1992/1993, w którym spadliśmy z II ligi, a z drużyny odeszli wszyscy doświadczeni zawodnicy. Wtedy właśnie trener Franciszek Krótki, stawiając na młodzież, zbudował zespół, który od razu wywalczył awans. 20-letni Witek Wawrzyczek strzelił 14 goli, 17-letni Sławek Paluch zdobył 10 bramek, a ja dorzuciłem 13 trafień i tak powstały fundamenty drużyny, która w 1996 roku świętowała awans do ekstraklasy i grała w niej do 2010 roku.

- Który sezon wspomina pan najmilej?

- Ten pierwszy poza Odrą. Latem 2000 roku przeszedłem do Ruchu Chorzów i podczas tourne w USA zerwałem więzadła krzyżowe. Szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że to się stało w Chicago i tam miałem operację oraz początki rehabilitacji. Tam też wróciłem na kontrolę po trzech miesiącach zajęć pod okiem Jerzego Wielkoszyńskiego, ale najważniejsze było to, że zobaczyłem wtedy jak sportowiec powinien dbać o siebie. Na tej bazie właśnie wiosną 2001 roku rozegrałem w chorzowskim klubie 15 spotkań i strzeliłem 7 goli, zaliczając swój jedyny seniorski hat-trick w meczu z Dyskobolią Groclinem Grodzisk Wielkopolski. Nie wiem jednak czy ktoś to w ogóle to zauważył, bo wtedy bohaterem dnia był Kuba Wierzchowski, odchodzący do Werderu Brema. On odbierał kwiaty i gratulacje, a reszta drużyny poszła do szatni. Przez następne półtora roku też grało mi się w Ruchu bardzo dobrze, ale w takim towarzystwie nie mogło być inaczej. Nazwiska: Mariusz Śrutwa, Damian Gorawski, Łukasz Surma, Mamia Dzikia czy Krzysiek Bizacki mówią chyba wszystko. W sumie w zespole "niebieskich" rozegrałem 48 spotkań, zdobywając w nich 14 goli, choć nigdy nie byłem snajperem, bo moją specjalnością były asysty.

- Jak pan oceni swój roczny pobyt w Grodzisku Wielkopolskim?

- Trafiłem z Ruchu do drużyny, w której zdobyłem wicemistrzostwo Polski, zagrałem w europejskich pucharach oraz zarabiałem najlepiej w całej mojej karierze, ale ze sportowego punktu widzenia to był niewypał. Zagrałem tylko 12 razy w ekstraklasie, a stadiony Herthy Berlin i Manchesteru City podziwiałem z ławki rezerwowych. Dlatego z radością wróciłem do Wodzisławia i znowu grałem, asystowałem i strzelałem. Wtedy też rozegrałem najlepszy mecz w barwach Odry, bo w Białymstoku zdobyłem dwie bramki i byłem bliski trzeciego gola, ale piłka trafiła Bartka Sochę w głowę i to on został autorem gola, dającego nam zwycięstwo 3:2. Cenne, bo na wagę utrzymania. Grałem w Odrze aż do kontuzji, która oznaczała koniec kariery. Miałem wtedy 36 lat, a urazy łąkotki i więzadeł oznaczały długie leczenie.

- Pożegnanie było więc bolesne?

- Nawet nie, bo już czułem, że mój piłkarski czas mija. Śmiałem się gdy mówiono o mnie "żywa legenda Odry", a kibice dodawali... "ledwo żywa".  Ale to była prawda. Dlatego nie walczyłem już o powrót na boisko. Uznałem, że to dobry moment, żeby powiedzieć "koniec". Ale nie wyobrażam sobie życia bez piłki. Dlatego zostałem trenerem. Pracuję w III lidze i mam nadzieję, że po kursie UEFA Pro, który rozpocznę 12 lutego, wrócę do ekstraklasy. Zdobyłem też na AWF we Wrocławiu u profesora Ryszarda Panfila dyplom menedżera sportu. Jestem więc przygotowany do pracy w środowisku piłkarskim na cały etat.

- A co pan obecnie robi?

- Łączę prowadzenie zespołu Pniówka Pawłowice z pracą. Zawsze marzyłem o tym, żeby zostać reprezentantem i zostałem. Jestem bowiem reprezentantem... handlowym firmy zajmującej się sprzedażą materiałów budowlanych, bo z pensji trzecioligowego półzawodowego klubu trudno byłoby zapewnić rodzinie utrzymanie. Cieszę się, bo zdobywam cenne doświadczenie. W Skrze przekonałem się jak ważne w pracy trenera są... niuanse. Awans do II ligi sprzątnął nam sprzed nosa Nadwiślan Góra i Adam Nocoń jest dziś w I lidze, a ja nadal pracuję w III lidze. Wiem też co znaczy przyjść na trening po całym dniu pracy i zdaję sobie sprawę, że trzeba dostosować plany treningowe do możliwości zawodnika, bo zajęcia na siłowni dla kogoś kto na przykład spędził dniówkę pod ziemią nie mają sensu.

- Jakie jest pana trenerskie motto?

- Moim trenerem w okresie gry w juniorach Odry był Jan Adamczyk, który później pracował też jako asystent Franciszka Smudy i Waldemara Fornalika. On zawsze powtarzał zawodnikowi: "mecz może ci nie wyjść, ale musisz zejść z boiska ze świadomością, że dałeś z siebie wszystko". To jest także moja filozofia piłki nożnej. Przekazuję ją moim podopiecznym i mam nadzieję, że tak jak Marcin Brosz, który też zaczynał od zbierania doświadczenie w niższych ligach, przebiję się z nią i dzięki niej do ekstraklasy.  

- Ma pan następcę?

- Zaczęliśmy z żoną od córek. 22-letnia Adrianna studiuje w Krakowie, a 18-letnia Agnieszka jest jeszcze co prawda z nami, ale już ma studenckie plany i też wybiera się pod Wawel. Najmłodszy jest Arek, który trenuje w MKP Odra Centrum Wodzisław i choć jest z rocznika 2004 chodzi na zajęcia ze starszymi o rok. Gra na prawej obronie. Możemy więc zacząć wyścig i sprawdzimy kto wyżej zajdzie, on jako zawodnik czy ja jako trener.