Kobiety

Robert Sołtysek pozostał trenerem kobiecej drużyny Mitechu Żywiec

9/07/2018 12:52

Szkoleniowiec, uhonorowany brązową odznaką Śląskiego Związku Piłki Nożnej, odbierając wyróżnienie nie ukrywał, że traktuje swoje odznaczanie jako… motywację do dalszej pracy.   


- Doszliśmy do porozumienia z prezesem Janem Szupiną i razem wchodzimy w nowy sezon – mówi 43-letni trener żywieckiego ekstraligowca Robert Sołtysek. – O tym jaki będzie nasz cel w nadchodzących rozgrywkach Ekstraligi Kobiet na razie jeszcze nie mówimy, bo to będzie zależeć od tego jaki zespół uda się nam stworzyć. Mieliśmy bowiem czas małej rewolucji kadrowej. Przede wszystkim żegnamy Agatę Droździk, która była najważniejszą postacią zespołu. Wychowanka, kapitan, lider i moja prawa ręka wybrała nowa drogę życiową i wyjeżdża do Norwegii, żeby tam grać, ale także dołączyć do rodziny. Tam ma swoich braci więc nie tylko piłka jest powodem przeprowadzki, ale myślę, że dzięki piłce łatwiej się jej będzie tam odnaleźć. Ma umiejętności, choć poziom piłki nożnej kobiet w Norwegii jest bardzo wysoki, pozwalające grać w czołowych drużynach i wierzę, że szybko udowodni to na norweskich boiskach. Ale dla nas jest to bardzo duża strata. Ponadto odeszło kilka dziewczyn i na ich miejsce sprowadzamy nowe piłkarek. Kto to będzie okaże się po tygodniowym zgrupowaniu w Nowym Targu, gdzie wyjeżdżamy 9 lipca. Treningi zaczęliśmy już w minionym tygodniu, a chciałbym, żebyśmy w połowie lipca mieli już pełną wizję naszej kadry. Wtedy będziemy mogli mówić o konkretnych celach. Mierzymy najwyżej jak się da. Na pewno łatwo nie będzie, ale to jest nasze kolejne wyzwanie.

- Jak pan trafił do kobiecej piłki?

- Jestem w niej od 1 stycznia 2017 roku, a więc mój staż „kobiecy” jest krótki, jednak z piłką nożną jestem związany od najmłodszych lat. Zaczynałem w Metalu Węgierska Górka, a później były: Góral Żywiec, w którym wchodziłem do seniorskiej piłki na poziomie III ligi, Kalwarianka, MK Górnik Katowice. Po tych dobrych III-ligowych występach wróciłem do Żywca, skąd pojechałem na drugi koniec Polski, bo pojawiła się oferta w Pogoni Szczecin. Niestety przytrafiła mi się kontuzja, przez którą nie miałem okazji powalczyć o miejsce w I-ligowej drużynie. Wróciłem więc w rodzinne strony i zanosiło się, że przyjdzie mi kończyć piłkarską przygodę. Odbudowałem się jednak grając w niższych ligach i gdy kolano pozwoliło znowu czerpać radość z gry spróbowałem znowu się pokazać. Przez III-ligowy Ceramed, z którego „wyrosło” Podbeskidzie, trafiłem do Zagłębia Sosnowiec i Górnika Jastrzębie, skąd wróciłem do Żywca i grałem w okolicznych drużynach na szczeblu regionalnym, grając w Czarnych-Góralu Żywiec, a następnie w LKS Lipowa i Świcie Cięcina jako grający trener. Mogę nawet powiedzieć, że cały czas się ruszam, ale ostatnie występy polegały na pomocy mojemu macierzystemu klubowi, reaktywowanemu Metalowi Węgierska Górka, gdzie również sprawowałem rolę trenera. Najważniejszy był jednak ostatnio Mitech, a teraz zdecydowanie stoi już na pierwszym miejscu. Tu wykorzystuję doświadczenie zebrane z czasów trenerskich, a zaczynałem jeszcze jako zawodnik w Góralu Żywiec. Jako trener, nie łącząc gry z prowadzeniem zespołu w Drzewiarzu Jasienica  wywalczyłem awans do IV ligi. Prezes Jan Szupina proponował mi już wcześniej przejęcie zespołu, ale nie zdecydowałem się wtedy z uwagi na to, że to inna specyfika. Półtora roku temu temat jednak wrócił i po rozmowie z prezesem zdecydowałem się. Przekonał mnie swoją osobowością, a znamy się nie od dzisiaj. Postanowiłem spróbować nowego wyzwania. Wszedłem w piłkę kobiecą i cały czas się uczę. Przekonała mnie też chęć spróbowania piłki na najwyższym krajowym poziomie z całą tą otoczką ekstraklasy.

- Jak pan to godzi z innymi obowiązkami?

- Jestem cały czas nauczycielem wuefu w Zespole Szkół Ekonomiczno-Gastronomicznych i to jest moja główna praca. Jestem już z nią związany ponad 20 lat, z krótkimi przerwami na piłkarskie wyjazdy, bo gdy byłem w Szczecinie, czy w Sosnowcu miałem bezpłatne urlopy, żebym mógł się sprawdzić w profesjonalnej piłce. Godzenie tych nauczycielsko-piłkarsko-trenerskich obowiązków na pewno odbija się na rodzinie, ale to samo może powiedzieć każdy dla kogo piłka jest pasją. Na szczęście mam bardzo wyrozumiałą żonę. Kasia jest już ze mną parę ładnych lat i przyjmuje rolę żony człowiek oddanemu sportowi. Nie miała wprawdzie nic wspólnego ze sportem, ale już się nauczyła z nim żyć. Córki, czyli 10-letnia Tosia i 4-letnią Olę, trochę cierpią na brak taty, ale w każdej wolnej chwili staram się to nadrabiać i dajemy radę.